IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Angielskie postimperium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Anglia

avatar

Imię i nazwisko : Arthur Kirkland
Liczba postów : 86
Join date : 15/01/2016

PisanieTemat: Angielskie postimperium   Pią Sty 15, 2016 1:06 am

[You must be registered and logged in to see this image.]
ANGLIA
”Skarbie, marnujesz mój czas.
Imię i Nazwisko: Arthur Kirkland
Dzień i miesiąc urodzenia (wydarzenie wyjaśniające): 23 kwietnia
Dzień świętego Jerzego. Długo nie obchodzony i zapomniany, bo tak naprawdę Anglicy nie posiadają święta narodowego. Na fali ostatniej mody, która zaczęła się jakąś dekadę temu, święto zostało wykopane, odkurzone i ustalone jako „dzień wielki”. Tak naprawdę trochę ściągnięty od reszty drogiego Commonwealthu (tego wyspiarskiego rzecz jasna). No ale zaczęli sobie na biało-czerwono malować twarze, więc sobie mają. Anglia marszczy na to łaskawie brwi znad porannej gazety.
Wygląd: Pierwsze co widzisz to brwi. Ciemne i krzaczaste, a do tego całkowicie możliwe i wcale nie takie osobliwe na naszym świecie. Genetyczny żart, dość podły, ale dodający angielskiej twarzy lat, których – powiedzmy sobie szczerze – potrzebuje jego aparycja. Arthur pozbawiony charakterystycznych brwi traci całą powagę i wygląda jak niespełna dwudziestoletni smarkacz. Może to właśnie dlatego je lubi. Dodatkowo brwi to ostateczny dowód na to, że jest częścią wysp, czy jego bracia tego chcą czy nie. Rysy ma proste i pospolite. Na ulicy nie wyróżniają go z tłumu, podobnie jak wąskie usta czy odrobinę zadarty nos. Zielone oczy były już chyba opisywany każdą możliwą wariacją, ale dla niego są po prostu prozaicznie zielone. Nie ma w nich nic niezwykłego. Świat kręci się dalej. Włosy ma krótkie, szorstkie, płowe. Z nikim z rodzeństwa nie dzieli tego koloru ciemnego blond. Jeśli coś ich łączy, to zapewne cera. Blada i jasna, nie przepadająca za słońcem, którego promienie mają czelność uwidaczniać zazwyczaj przyczajone angielskie piegi. Cała sylwetka Arthura jest wyprostowana, nieco sztywna. Nie jest niski, ale smukła sylwetka może odbierać mu centymetry w percepcji innych. W rzeczywistości ma 175 centymetrów wzrostu, co jest średnim osiągnięciem. Szczupły, z figurą u której nie zaznaczają się wyraźnie mięśnie, może się wydawać nawet niepozorny. Ale tylko gdy śpi. W innym wypadku nadrabia wieloma innymi aspektami. Począwszy od słowa, po nieustępliwe i nie znoszące sprzeciwu spojrzenie. To zabawne jak sam wzrok potrafi zmienić sposób, w jaki jest się odbieranym. Od Arthura czuć bijącą siłę i to ona rzeźbi opinię innych. Jedno jest pewne, każdy kto go nie docenić, szybko poczuje, że popełnił błąd.
Charakter: Anglia to zgryźliwy stary tetryk. Tak zachowuje się na pierwszy rzut oka. Wydaje się być zgorzkniałym cynikiem, co chyba można usprawiedliwić jego długą historią pełną wojen, stawiania podstaw pod imperium, a potem przyglądania się, jak cała ta misterna konstrukcja wypada z rąk i rozbija się na setki drobnych kawałeczków.
Tak, Arthur to ten typ, który bywał wszędzie i widział wszystko. Począwszy od najciemniejszych dni średniowiecza i płonących traw najazdów wikińskich, przez 1066 rok i czerwony warkocz komety na niebie oświetlający Hastings, po wojnę domową dwóch róż i na bombardowaniu Londynu skończywszy. Anglia przeżył wszystko, co może przeżyć kraj i każda z tych rzeczy pozostawiła trwały ślad na jego psychice. Był podbijany, dręczony i zdradzany. Sam podbijał, dręczył i zdradzał. Zaczynał jako nieśmiały, zamknięty w sobie chłopiec z morzem kompleksów, skończył jako arogancki i butny złośnik, który uważa, że zawsze ma rację (i często naprawdę ją ma). Mimo to wiele elementów pozostało w nim niezmienionych, albo zostały obudowane grubą warstwą obojętności i nieprzystępności.
Jaki więc jest Anglia?
Po pierwsze powściągliwy. W emocjach, gestach, uczuciach i słowach. Do wszystkiego stara się odnosić z dystansem, wiele trudnych spraw ubiera w eufemiczne słowa i rzadko faktycznie nacechowuje swoją mowę, o ile nie zostanie wyprowadzony z równowagi. Ceni spokój i zimną krew, stara się zresztą żyć podług tych dwóch cech, ale niestety natura nie obdarowała go nadmierną cierpliwością. Jest nieprzyjemny i często wręcz odpychający. Stawia na szczerość, choć sam serwuje ją w nienajlepszy sposób. Uwielbia złośliwości, docinki i ironiczne poczucie humoru. Docenia ludzi, którzy je rozumieją i dzielą z nim tę pasję. Jest pamiętliwy, potrafi wybaczyć, ale nigdy zapomnieć. Wpasowuje się w rolę mentora lub starszego kolegi po fachu. Ma ostre i suche rady, ale zawsze są one celne. Często zresztą zabiera głos nie pytany. Nie lubi rozmów o niczym, chyba, że mówimy o pogodzie. Woli konkretny, najlepiej inteligentny temat. Ceni bystrość umysłu, wiedzę i pasję, ale także logiczne rozumowanie, nie przesiąknięte personalnymi uczuciami. Może dlatego, że sam tego nie potrafi. Tak, Arthur stara się być obiektywny, ale rzadko kiedy mu wychodzi. Cechuje go subiektywizm i egoizm, choć tak naprawdę wiele tych cech jest tylko skorupą dla ostrożnego i przewrażliwionego wnętrza, które od lat dziecięcych próbował schować głęboko w sobie.
Anglia bowiem z natury jest typem martwiącej i troszczącej się osoby. Nie widać tego, to prawda, ale jest to spowodowane jego historią. Wiecznym zdradom i wojnom, które sprawiły, ze nie miał komu zaufać i przed kim się otworzyć. Relacje z braćmi to nieustające konflikty i kłótnie, które miały zarzewie w prostym fakcie, że tak naprawdę nie był jednym z nich. Był przybłędą, który próbował znaleźć dla siebie miejsce, ale takie osoby nigdy nie są mile widziane, gdyż miejsce to wywalczają mieczem. W świecie państw inaczej się po prostu nie da. Wrażliwość więc pokazał tylko raz. Przed Ameryką. A to skończyło się bagnetem wbitym w żebra i ostatecznym zamknięciem w sobie wszystkiego, co związane było ze sferą uczuć i emocji. Anglia nie lubi tej części siebie. Uważa ją za słabą i żałosną, próbuje zwalczyć czy po prostu ignoruje jej egzystencję. Nigdy więcej już nie był taki dla żadnej innej kolonii. Wiele z nich odczuło to na sobie, dotknięte twardą ręką surowego kolonizatora. Ostatecznie Anglia utrwalił swój obraz jako bezwzględnego, pozbawionego litości czy wręcz okrutnego.
Nie przeszkadza mu to. Znacznie bardziej woli, gdy świat właśnie tak go postrzega, niż jakby miał patrzeć na niego z góry.
Relacje z innymi:

    - Celt – Anglia przedstawia całkiem inną historię, niż próbuje forsować to reszta rodziny. Po pierwsze – owszem, na początku było dobrze, choć mało pamięta z tego okresu. Potem jednak przyszedł najazd Normandzki, a rodzina palcem nie kiwnęła, by mu pomóc, najwyraźniej uważając, że nie ma czego ratować. To dopiero wtedy zaczęły się prawdziwe najazdy, wypędzanie lokalnej ludności i podbijanie kolejnych skrawków Wysp. Naturalnie szło za tym pogarszanie się kontaktów między nimi, które musiały doprowadzić do tego, że wreszcie Celt formalnie przestał istnieć. W końcu każdy musi kiedyś przejść na emeryturę i zrobić miejsce młodszym państwom. Obaj są pamiętliwi (może więc dziedziczne były nie tylko brwi), ale Anglik nie zauważa prób wyciągnięcia ręki przez drugą stronę i z powodu licznych zajść między nimi patrzy na to podejrzliwie i powściągliwie.

    - GermaniaTata mnie nie kocha. Zasadniczo to trochę przykro, że tak po prostu o nim zapomniał, ale z drugiej strony Anglia i tak prawie w ogóle go nie pamięta. Z pamiątek pozostała mu tylko genetyka i to nieliczna – płowe włosy raczej nie są aż tak charakterystyczne, by mówić tu o widocznym jak na dłoni podobieństwie.

    Szkocja – Uważa za bardzo śmieszny fakt, że Szkocja tak długo krzyczał o wolność, by potem chętnie zostać w unijnych objęciach. Naturalnie wypomina mu to teraz za każdym razem, gdy maniak spódnic znowu coś przebąkuje (czyt. krzyczy tak, że można ogłuchnąć). To jeden z tych starych konfliktów angielskich, który chyba nigdy nie dobiegnie końca. Jak świat światem będą się kłócić, chwytać za łby, przyduszać, mordować, wyzywać i wykonywać inne podobne czynności w wolnych chwilach i na niedzielnych obiadach (Mają w ogóle takie?). Mówiąc w skrócie kolejny zwykły dzień w Brytyjskiej rodzinie.
    Bo Anglia nigdy nie dotrzymuje słowa.

    - Walia – Najspokojniejszy z braci, co na pewno można zaliczyć mu na plus. Ich wspólna historia jest zaskakująco długa i jak to bywa w przypadku wszystkich angielskich relacji, Arthur wychodzi w niej na okropnego dupka. Z drugiej strony okazywanie uczuć nigdy nie było jego mocną stroną, ale posiada sentyment do starszego brata. Z całą pewnością nastąpiłby mu na odcisk, gdyby ten spróbował chociaż napisać słowo „wolność” w pamiętniczku, ale wydaje się to nie potrzebne. Walia pogodził się z byciem częścią Unii a Arthurowi jest to na rękę. Ponadto wykorzystuje brata do uspokajania reszty wesołego cholernego burdelu. W nagrodę sypnie mu groszem (i tak by to zrobił), a nawet sam zapoczątkował restaurację kultury walijskiej. Wyrzuty sumienia? Może, Arthur nigdy by się do nich nie przyznał. Walijczyk jest za to jego pierwszym wyborem, jeśli chodzi o wymarudzenie się, wynarzekanie i wyżalenie na innych. Spokojny i opanowany stanowi idealną równowagę dla brata, dla którego spokój jest cnotą. Ale tylko na papierze.

    - Irlandia Północna – Każdy popełnia błędy, tak? Tak. Skoro już to ustaliliśmy, nie ma co się rozdrabniać nad dawnym kryzysem. Wszystko skończyło się dobrze. Zawieszono broń, nikt się już nie wysadza. Wszyscy są szczęśliwi. Tylko nie portfel Anglii, który łoży na wszystkie części składowe swego byłego Imperium. Ale wszystko w imię stabilności! Choć nie zmienia to faktu, że każdy z jego rodzeństwa to wredna menda.

    - Kornwalia – Gdyby Anglia nie uważał, że tylko on utrzymuje Wielką Brytanię w ryzach i nie pozwala upaść jej poszczególnym składowym (ach te dofinansowania, które są stratne dla angielskich kieszeni, a nie dla jego braci), może nawet zrozumiałby, o co chodzi Kornwalii. No dobrze, nie zrozumiałby, ale to niczego nie zmienia. Mleko się rozlało, czasu się nie cofnie, a prawda jest taka, że gdyby nie on, koniec końców i tak naszłoby na jego braci coś innego. No, może prócz Szkocji bo złego licho nie bierze. Relacje między nimi ze strony Angielskiej są chłodne i mało jest tu mowy o sentymentach. Nie lubią się, to łagodne określenie faktycznych emocji, jakimi darzy go Kornwalia, a Anglik, naturalnie, nie pozostaje dłużny. Obecnie Arthur podejrzliwie patrzy na dziwne zachowania Kornwalijczyka w ostatnim czasie. Owszem, wspiera odradzanie się kultury, jak to robił chociażby w Walii, ale nie chciałby mieć drugiego Szkocję pod dachem, więc mimo to pozostaje ostrożny. Poza tym Kornwalia w jego rejestrze nie istniała już kilkaset lat, a że się bratu nagle przypomniało… Cóż. Nie jego problem.

    - Irlandia – Cromwell. Ziemniaki. I naprawdę takie-takie. Jak zubożyć kraj, rozjechać go pługiem i jeszcze zostawić mu pamiątkę w postaci przetrzebionej kultury i języka. Anglia mógłby napisać o tym podręcznik, choć sam za Cromwellem nie przepada i na samo jego wspomnienie mógłby splunąć. Ale mleko się wylało, a co stało się, to się nie odstanie. Irlandia zresztą na pewno miał też i inne powody, by Arthura nienawidzić. I vice versa. To jedyna część Unii, której udało się odłączyć, co oczywiście zawsze stawało Arthurowi ością w gardle. Na pewno jest świadomy swoich błędów i uchybień, ale miałby kiedykolwiek za nie przeprosić? Nie. Najpewniej na wzmiankę o Wielkim Głodzie zaproponuje Quinnowi ziemniaka. Taki to już z niego zimny drań.

    - Wyspa Man – Więcej rudych matka… Ojciec nie miał? Naprawdę. Na Wyspach powinno się wprowadzić znaki „uwaga rudzi”. Z Manem to jest tak, że niby nie stanowi problemu, bo po prostu jest, ale z drugiej strony ma jakieś dziwne upodobania do wspominania, że wszędzie byłoby mu lepiej. Albo że Anglia to podły drań, choć z tym ostatnim pewnie ma rację. Ale czy Arthur mu ją przyzna? Spoiler: nie. Tak naprawdę ich dogadywanie się zależy od tego jak wiatr zawieje. Albo w dobrą stronę i wtedy jest całkiem przyjemnie, albo w złą i wtedy jest burda w pubie. Że co? Że niby pośrednio? Naiwne dziecię lata. Tyś się nie w tej rodzinie urodził.

    - Stany Zjednoczone – Wiecie, to naprawdę nie jest jasne. Bo jak określić relację, która zaczyna się w punkcie opiekuńczej miłości między silnym krajem, a jego młodą kolonią, dochodzi do punktu pierwszych zgrzytów i rozłamów, a potem wybucha furią prawdziwej wojny? Zwłaszcza, że niecałe dwadzieścia lat później oba kraje podpisują sojusz handlowy akurat wtedy, gdy Francja wzywa na pomoc Amerykę do walki z Anglią. Ich relacje zawsze były specyficzne i nigdy nie mogły się definitywnie skończyć. Czy było cukierkowo? Oczywiście, że nie. Arthur pamięta Alfredowi wiele. Na przykład drakońskie i niesprawiedliwe pożyczki w czasie II Wojny Światowej. Dla niego Alfred zawsze pozostanie zadufanym w sobie smarkaczem. Po pijaku gnojem, który myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. Arthur często będzie na niego narzekał, wyzłośliwiał i docinał, ale… No właśnie. Ale obecnie Wielka Brytania stoi murem za polityką Stanów. W Zimnej Wojnie to właśnie Anglia trzepała Amerykę po głowie, gdy ta była już na skraju nuklearnej katastrofy. Arthur zawsze będzie czuł się odpowiedzialny za Alfreda czy tego chce czy nie. W głębi duszy nadal chce się o niego troszczyć, nawet jeśli czasami uważa, że troskę należałoby wyrazić poprzez złamanie amerykańskiego nosa.

    - Kanada – Pokutuje magiczny mit, że Anglia nie kojarzy i nie rozróżnia Kanady, albo wręcz o nim nie pamięta. Bzdura. Zna tego dzieciaka bardzo dobrze, gdyż jest to jedna z tych kolonii, która nigdy nie wyrządziła mu krzywdy, nie zdradziła jego zaufania, ani nie zbuntowała się przeciwko niemu. Cały proces uzyskania niepodległości był prostym pytaniem o zgodę, a Anglia powiedział tak. Arthur zawsze cenił Kanadę. Jego spokój, odpowiedzialność i rzetelność. W 1812 roku mimo wojny z Francją wysłał pomoc, gdy Amerykanie zaatakowali. A potem dbał o niego jak mógł. Zresztą jedną z przyczyn wojny o niepodległość było nadanie Kanadzie specjalnych praw (jeszcze z czasach, gdy zamieszkiwali ją sami Francuzi) co rozsierdziło Amerykę. Wprawdzie zdarzały się zgrzyty, jak na przykład 1903, gdy Anglia nie chcąc ryzykować wojny z Ameryką ustąpił na rzecz kanadyjskiej granicy, jednak ich relacje zawsze były dobre. Rzeczywiście Anglia unikał Matthew i to przez długi czas, co pomogło narodzić się pokutującemu mitowi. Prawda była jednak znacznie bardziej prozaiczna. Kanada za bardzo przypominał utraconego brata i jego widok zbyt wiele Anglii przypominał.

    - Australia – No dobrze. Może robienie z dziecka miejsce zsyłki skazańców nie jest dobrym pomysłem, ale hej! Ameryka zaczynał jako miejsce dla uchodźców religijnych. Zdarza się! Zresztą jego podopieczny wspomógł go nieraz podczas wojny, więc pozostają w dobrych, może nawet bardzo dobrych (jak na Anglię) stosunkach. A że Australijczyk bywa złośliwą mendą, to chyba jednak po prostu rodzinne.

    - Nowa Zelandia – Jedna z licznych kolonii, ale wyróżniona przynależnością do Common Wealthu. Jest nazywany „Anglią Oceanii”, co chyba oznacza, że dobrze się dogadują i mają wiele wspólnego. Z całą pewnością Arthur go lubi, choć ma do niego bardzo daleko i nie odwiedzał go zbyt często. Prawie w ogóle. Nigdy. Na pewno dodatkowe punkty idą za ekranizację Władcy Pierścienia, bo choć po Anglii tego nie widać, jest strasznie dumny z rodzimej fantastyki. To wcale nie tak, że Tolkien urodził się w RPA, a studiował filologię walijską. Wcale.

    - Francja – Mówi się, że przyjaciół należy trzymać blisko siebie, a wrogów jeszcze bliżej. Ponieważ Anglia tych pierwszych nie posiada, ci drudzy zajmują wręcz specjalne miejsce w jego zakopanym pod płotem i skutym lodem sercu, Francja zdecydowanie bryluje na liście. Ich konflikt jest stary jak… Cóż, praktycznie świat. Wiecznie sobie dogryzali, potrafili z cudzych wojen robić własne piaskownice. Od wojny stuletniej, przez wszystkie batalie w koloniach, po Napoleona włącznie – zawsze musieli stawać naprzeciw i próbować się wzajemnie pozabijać, by po godzinach razem sączyć wino i rozmawiać o tym, jak bardzo się nienawidzą. To bardzo elegancka wrogość, do której ciężko nie posiadać sentymentu. Anglika może drażnić egzystencja Francisa i jego styl bycia, ale powiedzmy sobie szczerze – bez niego na pewno byłoby nudniej.

    - Hiszpania – To długa historia. Naprawdę. Wszystko zaczęło się od niefortunnych konfliktów za czasów Henryka VIII i jego pierwszego rozwodu. Wcześniej było neutralnie, może nawet aspirowano o sojusz, ale kolejne wydarzenia przekreśliły te marzenia. Hiszpania i Anglia to jak ogień i woda, a na dodatek irytują się nawzajem niepomiernie. Anglia bez mrugnięcia okiem wepchał się w interesy w Nowym Świecie i to w korsarskim stylu, napadając i rabując hiszpańskie złoto, które (sic!) płynęło zawsze tą samą trasą, a statki były obładowane po brzegi. Nikt nigdy nie mówił, że Antonio jest geniuszem logistycznym. Tak naprawdę ich spór nigdy nie ucichł. Gdy skończyły się liczne wojny w nowym świecie, obaj nadal się podgryzali. A to Hiszpania pomógł nieoficjalnie Ameryce w wojnie o niepodległość, a to Anglia wtrącał się w jego wojnę o sukcesję. Nawet gdy Arthur pomagał półwyspowi Iberyjskiemu za podbojów Napoleona niemal rzucali się sobie do gardeł. W obecnych czasach ich konflikt znalazł nowe podłoże – Gibraltar. Małe miasteczko, istotne ze strategicznego punktu widzenia. Hiszpania chciałby go przyjąć w swoje otwarte ramiona, Gibraltar nie chciałby Hiszpanii u siebie. Hiszpania utrudnia wszystkie odprawy graniczne, Gibraltar obwiesza się brytyjskimi flagami. Hiszpania przekracza bez uprawnień morską granicę Gibraltaru, Anglia grozi mu swoimi okrętami wojennymi. I tak konflikt i podgryzanie się trwa. Wieki mijają, ale niektóre rzeczy pozostają niezmienne.

    - Portugalia – BFF. To znaczy, najlepszymi przyjaciółmi są zwłaszcza wtedy, gdy Anglia akurat potrzebuje Azorów. Albo musi podpuścić kogoś na Hiszpanię. Albo… Ekhm. To znaczy łączy ich sojusz i długotrwała współpraca. A że Anglia czasami o niej zapominał? To takie delikatne i nieważne szczegóły, naprawdę nie ma sensu się nad tym rozwodzić! Grunt, że jest to chyba jedyna osoba w Europie, która Anglię po prostu lubi. Chyba. Cholera wie.

    - Dania – Kurtyna się unosi. Anglia, z przekrzywionym na bakier kapeluszem pyta uprzejmie: „Danio, czy chcesz może przyłączyć się do mnie i walczyć razem z napoleońską Francją?”. Dania z jakimś łabędziem pod pachą odpowiada zalotnie: „Nie.”. Kopenhaga płonie. Dyplomacja Angielska w pełnej krasie. Kurtyna opada. Wikingowie w tle uciekają w 1066 roku.

    - Norwegia – Ciężko powiedzieć, by ich początki były miłe czy udane. Raczej nikt nie lubi gdy się go najeżdża, a właśnie takie relacje Anglia miał z Wikingami, próbującymi osiedlić się na jego terenach. Potem nastąpiły tradycyjne spory o łowiska, by wreszcie przerodzić się w wymuszoną współpracę w czasie II Wojny Światowej. Nie łączy ich raczej żadna konkretna więź. Anglia lubi nazywać podobne relacje mianem „współpracy”. Ewentualnie „konieczności”.

    - Islandia – Wojny Dorszowe. Jak widać Arthur potrafi bić się nawet o rybę. Te emocje, proszę państwa.

    - Wyspy Alandzkie – Co. Mieli przez słownie rok wspólną historię, ale Anglia raczej nie skupiał się na niej i jej osobie, zaabsorbowany problemem Rosji jako rosnącego hegemona. Ciężko powiedzieć czy byłby w stanie poznać ją obecnie. Powiedzmy sobie szczerze, kiedy jesteś potężnym Imperium z setkami kolonii pod sobą, nie jesteś w stanie zapamiętać twarzy każdego terytorium zależnego. Nawet nie próbujesz tego robić.

    - Włochy Południowe – Z całą pewnością ignoruje jego zdanie na temat własnej kuchni. W czasie ostatnie wojny starli się ze sobą, ale Anglia nigdy nie traktował obu braci jako szczególnie za nią odpowiedzialnych. Obecnie ich relacje są raczej neutralne i to naprawdę miłe, że Romano nie syczy już na sam jego widok.

    - San Marino – Najpewniej nie do końca przyznaje się do wydarzeń z czasów II Wojny Światowej. Przecież zapłacił, a w takich sytuacjach ciężko o sentymenty. Poza tym oj tam, oj tam. Było minęło. Mógłby mieć też problem z rozpoznaniem San Marino od razu. Ale to już kwestia zabiegania i ilości krajów, które musi znać.

    - Holandia – Nie przepadają za sobą. Może to dlatego, że Anglia kiedyś ostrzelał mu Amsterdam? Kto wie, kto wie. Zdarzyło im się mieć sojusz. Prawie. Bo potem Anglia go zaatakował. Ups. Przecież takie sytuacje nie powinny nikogo dziwić w świecie personifikacji! No naprawdę, Arthur zupełnie nie rozumie, o co tym wszystkim krajom chodzi.

    - Niemcy – Anglia szanuje Ludwiga za jego opanowanie i umiłowanie porządku. Są to cnoty, z którymi mógłby się utożsamiać. Niewątpliwie doceniał go także na polu bitwy, mimo iż ich konflikty nie były tak liczne, jak na przykład angielskie wojny z Francją czy Hiszpanią. Mimo to nie potrafi zapomnieć zbombardowania Londynu, za co odwzajemnił się w późniejszym etapie wojny z nawiązką. Obecnie po prostu go szanuje.

    - Prusy – Chyba są neutralne. A może pozytywne? Tych epizodów Anglik zazwyczaj nie pamięta, choć budzi się rano następnego dnia z niewypowiedzianym kacem. Zanim jeszcze doszło do pubowej formy relacji, znali się z pól bitew i europejskich dworów. Arthur zawsze doceniał talent militarny Gilberta (zwłaszcza jeśli trzeba było upokorzyć napoleońskiego Francisa), choć nie uznałby obu wojen światowych za mądre posunięcie. Czy chociażby przyzwoite, skoro już o tym mowa.

    - Austria – Gdera. Dużo. I narzeka. To jak mieć za morzem marudną żonę, której ciągle coś nie gra. Anglia nie rozumie o co chodzi Austrii na spotkaniach i ostentacyjnie daje temu wyraz. Niby Wiedeń był i jest stolicą kultury w wielu aspektach, ale Anglik zawsze kręcił na to nosem (ale on kręcił także i na Paryż, więc jego zdania nikt nie bierze pod uwagę). Wcześniej zdarzało mu się walczyć po jednej stronie, ale sprawa Austrii często bywała sprawą przegraną, a że Anglia nie daje sobie w kaszę dmuchać – wykonywał taktyczny odwrót i po prostu wydzierał skumanej z Prusami Francji jak najwięcej, by wrócić do siebie do Londynu. On sam uznaje to za bardzo rozsądne i sprytne zachowanie. Jeśli komuś się to nie podoba to już jego problem.

    - Liechtenstein – Kojarzy ją. Zdarzyła im się raz drobna pomyłka, gdy okazało się, że ich hymny brzmią identycznie. Nie zna jej zbyt dobrze, jednak w Lili jest coś, co nie pozwala myśleć źle o dziewczynie. Ma urok łagodnego i słodkiego dziecka, co dla Arthura jest trochę nostalgiczne.

    - Berlin – Miasto. W Niemczech. Mur. Wakacje. Zwiedzanie. Tanie piwo.

    - Rosja – Zdecydowanie niepokojący typ. Gdyby nie konieczność, Anglia nie chciałby utrzymywać z nim bliskich kontaktów. Z drugiej strony czuł się tak w jego towarzystwie od dawna, ale wtedy (naturalnie) nikt go nie słuchał. A potem wyszło szydło z worka. No i ktoś musiał pertraktować na linii ZSRR – Ameryka. Stare czasy. Dużo nerwów. Nic przyjemnego.

    - Polska – Zmywak. Wadliwy. To tak w skrócie o wielkiej emigracji ostatnich lat. A że go wystawił w czasie II wojny światowej? Nie, naprawdę nie wie, o czym mowa. To przecież oczywiste, że nie będzie narażał swojego kraju dla kogoś, kogo nawet nie zna. A potem nie będzie narażał swojego podkopanego kraju w starciu z komunistycznym molochem. - Słowacja – Jak userka dopisze, to ja chętnie uzupełnię.

    - Czechy – Nic szczególnego ich nie łączyło. Obecnie. Przed II wojną światową Anglia była czymś w rodzaju światełka nadziei dla Czechów (widać to w twórczości autorów z tego okresu). Ale potem wyszło jak zawsze i Arthur zwinął się, nie kiwając nawet palcem, gdy Niemcy zajęły Czechy. Gdzieś wiec delikatny żal istnieje, ale przynajmniej jego sporą część zatarł już czas.

    - Turcja – Neutralność tutaj nie wchodzi w rachubę. Pamiętliwy Turcja nadal ma żal o wiele. A że jego żal przejawia się w chęci złamania angielskiego nosa… Zaczęło się niewinnie (według Arthura). W końcu Egipt to ładne piaski i piramidy. Kto by tam go nie chciał, zwłaszcza, gdy wcześniej panoszył się po nim taki Napoleon. Utrzeć nosa Francji – obowiązek. A że Turcji oberwało się rykoszetem? Szczegół. Dalej była I Wojna Światowa i jedna z najkrwawszych jej bitew, która także związała ich losy. Anglik musiał się też wepchać w wojnę domową Turka, a na sam koniec wtrącić się w problemy Cypru. Mówiąc w skrócie, mieszał, kręcił, zdradzał i wykorzystywał, czyli był Anglią, a Turcji niezbyt przypadło to do gustu.

    - Indie – Nazywany perłą brytyjskiej korony. Indie zawsze był specyficzną osobą w życiu Anglii. Głównie dlatego, że zaczęło się od pogardy. Tak bowiem można nazwać sposób, w jaki Indus patrzył na Anglika. Był to wzrok pobłażliwy, wręcz rozbawiony. A że potem okazało się, iż niedocenianie wyspiarskiego państwa było błędem… Cóż, każdy z nas za nie płaci. Anglia mimo to zawsze doceniał Indie, którego ludzie na Wyspach Brytyjskich często zostawali nauczycielami i przejmowali ważne funkcje w domach, w których się zatrudniali. Doceniał też jego kulturę i sztukę, choć perfidnie wykorzystał rozdrobnienie państewek, jakimi były wtedy Indie. Możliwe nawet, że w jego osobistym rankingu kolonii Indie zajmował bardzo wysokie miejsce. Problem polegał na tym, że po tym co zrobił Ameryka, Anglia już nikogo nie traktował w tak pobłażliwy sposób. Liczne krwawo tłumione bunty na pewno wydrapały pewne rany na ich wzajemnych stosunkach.

    - Chiny – Wojny opiumowe. Angielskie wpływy i matactwa. Uzależnienia tego kraju i wciąganie go w sieć zależności. Czy naprawdę trzeba mówić coś więcej? Naturalnie można wspomnieć o sprawie Hong Kongu, ale to chyba dość by zarysować, że na stopie personalnej te dwa kraje za sobą nie przepadają, czy inaczej – to Chiny ma pełne prawo nie przepadać za Anglią. Dla samego Arthura to codzienność.

    - Hong Kong – Kolejna z byłych kolonii. Tym razem grzecznie wyrwana z rąk wydzierżawiona od Chin. A przynajmniej Anglia tak twierdzi. Wreszcie musiał go oddać, ale to nie znaczy, że nadal nie obowiązują ich pewne akta, która zabraniają Chinom narzucania Hong Kongowi nadmiernie swojej władzy. A Anglia czuwa. Jakoś na pewno.
    - Japonia – Kiedyś łączył ich sojusz. Kiedyś, bo potem nadeszła II Wojna Światowa i bum, jakoś sojusz nie przetrwał do tych czasów. Mimo to Anglia szanuje Japonię, jego kulturę i osiągnięcia. W przeciwieństwie do tego, co robił u Chin, Japonii nigdy nie narzucał żadnych warunków (tym zajął się Ameryka). Pewnego rodzaju nić sympatii łączy ich do dziś, na pewno potrafią porozumieć się nad starannie zaparzoną herbatą.

    - Nauru – Fosforyty! To okrutne, ale Anglia ledwie kojarzy większość osób, z którymi miał do czynienia. A już na pewno ciężko byłoby mu się przyznać do błędu czy do robienia czegoś źle albo ze szkodą dla drugiej osoby (nawet jeśli przytrafiało mu się to bardzo często). Oczekiwać więc można od niego uprzejmości, neutralności i tradycyjnej powściągliwości, a w razie wypominania – chłodu i zignorowania tematu.

    - Egipt – Mają dobre stosunki, mimo wcześniejszych nieporozumień. Anglia uznał, że jego piaski nadają się na kurort, a piramidy są bardzo ładne, więc zagarnął go na krótko pod swój protektorat. Potem oddał mu niepodległość i mieli jeszcze tete-a-tete w czasie II Wojny Światowej. Obecnie jest dobrze. Znaczy pomijając tę część zabytków w British Museum, której jeszcze nie zwrócił.

    - Zimbabwe – Jedna z byłych kolonii. I to z tych zrobionych na szybko. Wpadł, wypadł, zatarł ręce z zadowoleniem. Gdzieś tam słyszał o diamentach (że w Afryce, no to blisko). Co się działo potem, nie dręczyłoby go tak bardzo gdyby nie Mugabe. Torturowanie (podobno) czy same zabieranie ziemi jego byłym obywatelom na pewno nie uważa za słuszną czy chociażby znośną politykę.

    – Argentyna – [url= [You must be registered and logged in to see this link.] co? Będę leniem, ale to powinno wam wystarczyć.[/url]


Ciekawostki, dodatkowe informacje:
- Umie grać na gitarze elektrycznej i robi to całkiem nieźle.
- Nadal słucha punk rocka lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wcale nie zamierza się tego wstydzić.
- Wbrew powszechnej opinii nie uwielbia każdego rodzaju herbaty. Preferuje czarną, najlepiej bez dodatków. Zazwyczaj jego zestaw w domu ogranicza się do Lady Grey, Earl Greya, English Breakfast oraz Prince of Wales.
- Ma smykałkę do ogrodnictwa, ale rzadko znajduje na nie czas.
- W wolnej chwili lubi poczytać dobrą książkę.
- Wbrew pozorom nie jest technologicznie zacofany. Lubi seriale, zwłaszcza brytyjskie i zdarza mu się wyjść do kina. Ostatnim razem był na Hobbicie.
- To ten typ, co będzie wytykał wszystkie niezgodności z książką.
- Lubi piec i gotować. On sam uważa efekty swoich kulinarnych przygód za smaczne, reszta świata może się wypchać.
- Wyszywa i haftuje. To przecież nie tylko damskie zajęcie. Chyba.
- Lubi długie spacery w deszczu. Pomagają mu się uspokoić i uporządkować myśli.
- Nie lubi kataru, który następuje po rzeczonych spacerach, gdy zapomina z domu parasola.
- Ma kota, który kiedyś pewnie miał imię, ale obecnie i tak nazywany jest „tym wrednym futrzakiem”.
- Jego skóra ma irytujący zwyczaj opalać się na piekącą czerwień.
- Wbrew powszechnej i obiegowej opinii umie pływać.
- Nie przyzna się wprost, ale często zapomina imiona swoich kolonii. Jest ich po prostu zbyt dużo.


Ostatnio zmieniony przez Anglia dnia Sob Sty 16, 2016 5:52 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Angielskie postimperium   Pią Sty 15, 2016 1:09 am

Ja tylko poproszę o zmianę imienia w relacji z Irlandią (albo gdziekolwiek, gdzie masz Liama). Poza tym akcept
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Angielskie postimperium   Pią Sty 15, 2016 3:09 pm

Akcept:3
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Angielskie postimperium   Pią Sty 15, 2016 3:26 pm

No, imię Ira warto zmienić~ Akcept. C:
Powrót do góry Go down
 
Angielskie postimperium
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Przewodnik :: Karty Postaci-
Skocz do: