IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Buenos dias~

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Meksyk

avatar

Imię i nazwisko : Eduardo Miguel Holguín
Skąd : Z krainy agawy, fiesty i wiecznej mañany.
Liczba postów : 61
Join date : 12/01/2016

PisanieTemat: Buenos dias~   Nie Sty 31, 2016 3:31 am

[You must be registered and logged in to see this image.]

Estados Unidos Mexicanos
Meksykańskie Stany Zjednoczone

[You must be registered and logged in to see this image.]



K T O  Z A C Z?

Co tak zaciekle zakreślasz w swoim notatniku? Pozwól, że spojrzę... Ach, widzę, że próbujesz poprawnie zapisać nazwisko Meksyku. Nie martw się, ja też miałam z początku problem z zapamiętaniem tego wszystkiego. Nazywa się Eduardo Miguel Holguín, z przekrzywioną kreseczką nad ostatnim 'i'. Co prawda bardziej niż dwa imiona powinien posiadać, jak przyjęto w krajach hiszpańskojęzycznych, dwa nazwiska, jednakże to drugie gdzieś mi się zgubiło przy tworzeniu postaci - to nic innego jak drobne niedopatrzenie ze strony niestabilnego psychicznie dziewczęcia, które postanowiło stworzyć postać państwa, nie wiedząc dokładnie nawet tego, gdzie ono właściwie leży*. Na pewno da się to niedomówienie jakoś logicznie wytłumaczyć, ja zaś nie mam siły na wydłużanie chłopięciu czasu przedstawiania się o kolejny wyraz. Zachowajmy ten brak nazwiska w charakterze przestrogi na przyszłość dla potomnych oraz mnie samej, której nadmierny pośpiech doprowadził po raz kolejny do tego typu sytuacji. Gdybym nie znalazła na czas idealnego na avatar arta z Meksykiem, to bym go pewnie w przypływie geniuszu zrobiła z jasną cerą i różowymi oczami. Taka już moja natura: najpierw rób, potem myśl.

*cholera, wydało się

G D Z I E  M O J A  E M E R Y T U R A ;_;

Ile on właściwie ma lat? Dobre pytanie. To zależy od tego, jak spojrzysz na historię Ameryki Północnej i jakie wydarzenie przyjmiesz za początek istnienia odrębnej społeczności, którą mógłby personifikować. Ja wciąż żarliwie przeczesuję odmęty Internetu, znajdując coraz to nowe artykuły odnośnie przeszłości kontynentu, i szukam jakichkolwiek przydatnych wzmianek o Meksyku. Ameryka Północna została prawdopodobnie zaludniona przez przybyszy z Azji co najmniej 12 tysięcy lat temu. …Czekaj, czekaj, pozwól, że wyjaśnię. To były czasy ostatniej epoki lodowcowej, a Azjaci emigrowali tutaj przez Cieśninę Beringa. Sprytne, prawda? Ale to wciąż nie wyjaśnia tego, ile lat ma sam w sobie Eduardo. Pójdźmy nieco dalej do przodu, zatrzymajmy się bliżej czasów prekolumbijskich. Natrafiamy na Omleków. Nie, nie omletów. Omleków. Któż to taki, pytasz? Tak nazywa się plemiona zamieszkujące Mezoamerykę od momentu przejścia z koczowniczego na osiadły tryb życia, a zatem około 2000 r. p. n. e. Nieźle, co? Był to znak, że coś się dzieje. I faktycznie, minął pewien („pewien”) czas i zjawili się Aztekowie - gdzieś tak w XIII wieku, którą to datę - uwaga, uwaga, proszę o werble - można przyjąć umownie za datę narodzin Chrystusa (o Chrystusie potem) Eduarda. Oczywiście wtedy absolutnie nie nazywał się Eduardo, bo ongiś w Ameryce nie znano takiego pojęcia jak "Hiszpania" (o nim też potem).
No, a kiedy wypadałoby złożyć mu życzenia urodzinowe? Obchodzi je obecnie 24 sierpnia, którego to dnia Meksykanie świętują rocznicę odzyskania niepodległości. A jest co świętować, bowiem wyrwanie się spod panowania hiszpańskich kolonizatorów po 10 latach walki to jest coś! Co prawda praktycznie zaraz po zdobyciu niepodległości Meksyk (wówczas już Ed) został - tak na powitanie - okradziony z okularów (o, tak, tak. Teksas) i ponad połowy terytorium przez północnego sąsiada, a na koniec dobili go jeszcze Francuzi, ale... Ale to nic, naprawdę, nie zwracajcie uwagi, zwykły wypadek przy pracy.
Jednakże wróćmy na moment do daty jego urodzin. Ten dzień jest dla niego dniem wyjątkowym od roku 1821. Mamy tu sytuację nieco paradoksalną - bo Ed ma jednocześnie 400 latek jako personifikacja i jeno niecałe 200 jako niepodległy kraj. Reasumując - jest jednocześnie starszy i młodszy od USA. Fakt ten ewoluuje w pewne możliwości dla Alfreda, który może właściwie w zależności od humoru nazywać go albo dzieciakiem, albo (tfu) staruszkiem.  Oraz w nieogar mózgowy nieszczęsnej userki, która nad tym zjawiskiem rozmyślała.


P O R T R E T  P A M I Ę C I O W Y

Ale Eduardo nie wygląda źle, serio, przynajmniej jeśli chodzi o kwestię wieku. Dzieciństwo zdecydowanie ma już za sobą - w dobie Azteków prezentował się na oko jako dziewięcio-, może dziesięciolatek, nieco wyrośnięty jak na takie dziecko. W dodatku wyjątkowo szybko przybywało mu kolejnych centymetrów, jako że w momencie pełnego rozkwitu Imperium Azteckie rozciągało się na 520,000 kilometrów kwadratowych. Nazywał się wtedy Xochipilli (Kwietny Książę, imię boga; nawiązuje raczej do wojen kwietnych aniżeli kwiatów). Nosił przepaskę biodrową i czasami piękną koronę z ptasich piór. Był definitywnie nienormalny. Spacerował wieczorami po Tenochtitlanie, umazany cudzą krwią i wiodąc błędnym wzrokiem po sunących za właścicielami cieniach mieszkańców; wyglądał w takich chwilach jak psychopatyczne dziecko wyrwane żywcem z amerykańskiego horroru. Często spotykało się go w towarzystwie małego, bezwłosego niemal psa o imieniu równie wesołym jak jego - Xochiquetzal (Kwietne Pióro, imię również boskie, bo niby czemu nie?); mimo że na ogół te krągłe psinki hodowano w tym samym celu, w którym my dziś hodujemy koleżanki świnki Peppy, Quetzal był psem wyjątkowym, większym niż mięsiści pobratymcy i ponoć inteligentniejszym, dlatego też ominął go smutny los braci. W dodatku podobnie jak jego pan, nie starzał się jak na normalnego psa przystało. Zawieruszył się gdzieś niestety podczas hiszpańskiego najazdu. Tak samo jak zawieruszyła się gdzieś po drugiej stronie lustra azjatycka uroda personifikacji, skalana przez wymieszanie się Indian z Hiszpanami i przywożonymi z Afryki niewolnikami. Do tematu Azji powrócę jeszcze potem, ale na razie idźmy dalej.
W okresie tuż po zdobyciu niepodległości był siedemnastolatkiem tak fizycznie, jak i psychicznie, a jego ego - wielkie jak on sam - zmalało wprost proporcjonalnie do jego terytorium po wojnie z USA. W 1845 roku Amerykanie anektowali Teksas, a tym samym Alfred podprowadził Eduardowi okulary. Zgadza się, to były okulary Meksyku. Żeby dodać całej tej historii absurdu, warto nadmienić, iż Meksyk sam wpuścił Amerykanów do Teksasu. Tak więc w okresie, jakby to ująć, międzywojennym (a zatem w latach 1821 - 1845) to Eduardo był właścicielem pary okularów charakterystycznej obecnie dla Alfreda. I właściwie cały czas domaga się ich zwrotu, bo bez nich po prostu niedowidzi. Bycie krótkowidzem życia mu nie ułatwia. Poza tym USA nie pozbawił go tylko Teksasu, ale całych 60 procent terytorium, wskutek czego Ed - i tak dość niski, bo najwyżej łepetyna jego sięgała na wysokość 173 cm - stał się niższy od północnego sąsiada o dobrych kilka centymetrów (obecnie mierzy 165 cm), co jest dla niego osobistym upokorzeniem. Stąd też wziął się jego mały (hihi) kompleks niższości, który zresztą nie jest jedynym wśród galerii urazów Meksykanina. Swoją drogą, Meksykanie swój niski wzrost tłumaczą tym, że od dziecka słyszą: Jak urośniesz, będziesz musiał znaleźć pracę. Na mnie też by podziałało.
Faktem, którym raczej nie ma po co obnosić się wśród ludu, jest to, iż Ameryka wynagrodził mu tę wojnę innymi centymetrami. Nie, nie! Nie patrz tak na mnie, nie o takie centymetry mi chodzi! Pozwól wyjaśnić, nim wysnujesz więcej niemoralnych wniosków (...nie tylko ja mam dziwne skojarzenia przy tym zdaniu, prawda? Prawda?). W miarę upływu czasu Meksyk zasymilował się z USA i przejął od niego część nawyków, w tym również nawyki żywieniowe. Nie skończyło się to dla niego dobrze, mimo że zyskał. Ale co zyskał - centymetry... w pasie. Zgadza się, amerykańska dieta okazała się równie smaczna co niezdrowa (kto by się spodziewał). Zniósł związane z nią konsekwencje gorzej niż północny sąsiad i zreflektował się dopiero, gdy zaczął ważyć więcej niż on. Od tego momentu rozpaczliwie walczy z nadwagą, jednakże idzie mu to dość topornie, czemu trudno się dziwić, bo nawykły do słodkiego lenistwa i przemieszczania się wszędzie za pomocą auta Latynos męczy się po przejściu spacerem stu metrów. Jednakże jak by nie było – zarzuć mu pakty z szatanem i La Muerte, jeśli ci to niezbędne – wizualnie prezentuje się niemal równie godnie co przed laty i nadal, jak się uprze, przelezie przez każdą szczelinę w murze granicznym. Kolejną różnicą między Meksykiem przed i po wojnie jest wygląd ogólny - Ed fizycznie po prostu zrobił się starszy. Nic specjalnie dziwnego, zważywszy na to, w jakim stanie jego kraj znalazł się po tym konflikcie. Zatrzymał się gdzieś na roczniku 22' i tak już został, a po dawnej, młodej, nowonarodzonej właściwie republice pozostało mu niewiele poza złośliwym charakterkiem drzemiącym głęboko w meksykańskiej duszyczce i budzącym się do życia nad wyraz rzadko.  
Skoro już nazwisko zostało zapisane, jak widzę, poprawnie, może zanotuj też przy okazji jak wygląda Meksyk aktualnie? Czemu nie, prawda? Zawsze łatwiej sobie kogoś wyobrazić, gdy ma się jakieś informacje na jego temat. Zacznijmy od postaw. Przede wszystkim  jest Latynosem. Nie za wysokim, jak już wspomniałam, ale nie ujmuje mu to uroku. Na jego twarzy zawsze czai się drobny uśmiech, a czarne oczy, jego piękne czarne oczy, ich nie przeoczysz, wiem, że nie~ posyłają każdemu przyjazne spojrzenie. Włosy, również ciemnej barwy, ongiś sięgające za ramiona, teraz są nieco krótsze.  
Hej, a widziałeś go kiedyś bez koszuli? Nie, proszę, nie bawmy się znów w dziwne skojarzenia, bo nie tędy droga. Pora na chwilowy powrót do czasów Azteków, kiedy to składanie ludzi w ofierze bogom było na porządku dziennym. Jako osoba tak szlachetna jak sama personifikacja Imperium, Eduardo miał wówczas zaszczytną możliwość ofiarowywania bóstwom serc innych, ale także własnego. Z okresu prekolumbijskiego pozostała mu urokliwa pamiątka. Dużo urokliwych pamiątek - w postaci blizn zdobiących klatkę piersiową jak i zatruwających mu życie problemów sercowych. Owe problemy dotyczą go w obu sensach, jednakże w tej chwili mówię o tym bardziej biologicznym, zaś temat uczuciowy zostawimy sobie na potem. Wróćmy do kwestii aparycji.
Sombrero. Gdzie jest sombrero? Toż to podstawowy stereotyp jest, tuż obok poncho i wąsów! A jednak - Eduarda w stroju bardziej ludowym nieczęsto zobaczysz, a i wąsów zapuszczać nie zamierza (głównie dlatego, że go postarzają, a on na starszego wyglądać nie chce). Dlaczego? Głównie z powodu asymilacji z resztą świata, a głównie Stanami Zjednoczonymi; podświadomie coraz bardziej się do sąsiada upodabnia, nie tylko pod względem mało wyszukanego menu, ale też zachowania i ubioru. Poza tym, kiedy znajdzie się w zasięgu wzroku USA w tym charakterystycznym stroju - zazwyczaj kończy się to źle dla obu, bo na pojawiające się zwykle w takich chwilach zgryźliwe uwagi blondyna Ed reaguje, łagodnie mówiąc, źle i gotów jest przywalić mu sombrerem w tę roztrajkotaną białą mordę.  
Swoją czerwoną chustę zaczął nosić od... Uch, czy on kiedykolwiek jej nie nosił? Na pewno prawie nigdy jej nie zdejmuje - chyba że panujące warunki zagrażają jej bezpieczeństwu, wtedy zdejmuje ją i chowa w bezpiecznym miejscu. Ma na jej punkcie ni mniej jak obsesję i jedyną osobą, która może jej dotknąć bez narażania się na niebezpieczeństwo jest Alfred (i kochany meksykański szefuncio) – bo nieważne ile razy Meks by mu wypominał, by jej nie tykać, blondyn i tak będzie to robić, więc lepiej dać sobie spokój. Każdy inny nieszczęśnik, który zdecyduje się naruszyć przestrzeń prywatną materiału, ryzykuje utratą palców i życia. To jego znak rozpoznawczy. Chusta, nie ucinanie palców. Gdyby ją kiedykolwiek zgubił, prawdopodobnie z rozpaczy wymordowałby wszystko, co się nawinie. Poza tym najczęściej nosi się w brązowych ubraniach (taki jednokolorowy Meksiu – ninja, +40 do kamuflażu przy szmuglowaniu się do Stanów), choć raz na jakiś czas, jeśli temperatura sprzyja, zakłada czarną koszulkę z nadrukowanym na niej godłem swojego wspaniałego kraju oraz jaskrawoczerwone bermudy. Poza obsesją na punkcie chusty można doliczyć jeszcze tę na punkcie koloru czerwonego.  
Było o obsesjach, więc pozwolę sobie jeszcze na wzmiankę o uzależnieniach. Tak, tak, to nadal do wyglądu, notuj. Meksyk to jeden wielki nałóg, a narkotyki pozostawiają po sobie ślady nie tylko w psychice. Może nie widać po nim na co dzień, że jest uzależniony - bo jako personifikacja ma to szczęście, że nie jest przez obiekt uzależnień nie wyżera go od środka w takim stopniu, jak zwykłego śmiertelnika - jednakże jak się człowiek przypatrzy, to zauważy, że coś jest nie w porządku. Przede wszystkim spojrzenie może czasem zaniepokoić, bo choć z bycia psychopatą wyleczył go dość skutecznie doktor Hiszpan, to jednak czasem powraca w jego oczach wzrok błędny i niespokojny, spowodowany niczym innym jak dramatyczną potrzebą napełnienia żył czymś nielegalnym. W takich chwilach lepiej trzymać się od niego z daleka, zwłaszcza jeśli jesteś USA - gotów zamordować w poszukiwaniu czegokolwiek, co ten głód ukoi.



B E Z  C Z E K O L A D Y  N I E  P O D C H O D Ź

Zaczynamy schodzić bardziej na temat charakteru, coś mi się widzi. Dobre i to, o wyglądzie i tak już się całkiem obszernie nagadałam. Możesz oddzielić kolejny punkt kreską (białą, nie? <3 Nie ma dnia bez krechy. Hehe… he... Kurde, powinnam się ogarnąć, to zaczyna podchodzić pod propagowanie narkotyków). Ażeby za bardzo nie odbiegać od obecnego wątku, kontynuujmy temat narkotyków. Rzecz najzabawniejsza i jedna z najistotniejszych - Eduardo wciąż nie przyznaje się, że jest narkomanem. Rzucisz w niego setką argumentów, a on i tak pokręci tylko głową i ze złością zacznie mówić o tym, że mógłby przestać brać, gdyby tylko zechciał. Dlaczego w takim razie dotąd tego nie zrobił? No bo mu się nie chce, tak? Co prawda miewa takie przebłyski, gdy próbuje się ogarnąć i faktycznie przestać, ale przechodzi mu za każdym razem w momencie, kiedy nachodzi go głęboka depresja i chęć powyrzynania siekierą wszystkich dookoła. Do tego ciągle do kraju wpieprza mu się USA ze swoimi wywodami na temat tego, że narkotyki są be i nu - nu, nie wolno ćpać, bo to brzydkie, a tego Ed zdzierżyć po prostu nie może. Bo Alfred gani, gani i chyba zapomina, kto jest największym konsumentem narkotyków na świecie i kto odbiera 90 procent kokainy oraz większość pozostałych narkotyków produkowanych i przemycanych przez Meksyk (dla ludzi z mniejszą domyślnością - tak, chodzi USA. Kto się domyślił, wygrywa pralkę). Od kiedy Ed jest uzależniony? Od czasów niepodległości? Błąd. Właściwie to już od samego XIII wieku, czyli czasów Azteków. Znów widzę zaskoczenie w twych oczach... Spokojnie, już wyjaśniam. W czasach prekolumbijskim w tej części Ameryki różne takie ciekawe substancje były na porządku dziennym - kapłani brali je przed składaniem ofiar, by nie puściły im nerwy; ryby łowiono w sposób wysoce kreatywny - rzekę faszerowano narkotykami, a już po chwili ryby wypływały na powierzchnię brzuszkami do góry, kompletnie naćpane. Jednak wtedy cenniejsza od psychotropów była czekolada, która zresztą została przez Azteków "wynaleziona". Jedli ją tylko bogaci i wysocy rangą, była ona również składana bogom w ofierze, ale też kakao przybrało tam rangę waluty. Krótko mówiąc, były to czasy, gdy wypłatę można było dosłownie przejeść. Do dziś zresztą Meksyk ma słabość do czekolady i poczułby się traktowany jak bóstwo, gdyby ktoś mu ją podarował. Cóż, szczerze powiedziawszy, byłby niepomiernie szczęśliwy, gdyby podarować mu cokolwiek, bo zbyt bogaty to on nie jest... No dobra, jest praktycznie bankrutem i nie stać go nawet na nowe okulary, a na dodatek jest zadłużony od USA i uzależniony od niego chyba jeszcze bardziej niż od narkotyków. Mimo że przywykł już do takiej sytuacji finansowej, wciąż rozpaczliwie szuka sposobu na zdobycie choć kilku peso, mniej lub bardziej legalnego. W znalezieniu jakiejkolwiek pracy przeszkadza mu okrutne lenistwo, jakie budzi się w nim, ilekroć ma się za coś zabrać. Dla niego sjesta jest jak fiesta - zawsze jest na nią okazja. Mimo wszystko jest sumienny i wie, że bez pracy nie ma chleba. Niestety, nawet w pracy wykorzystuje każdą okazję do poleniuchowania. To dość interesująca i poniekąd komiczna sytuacja, ponieważ - mówiąc krótko - Meksykanin spóźnia się na wszystko, tylko nie na przerwę w pracy. Na tę zjawia się nawet przed czasem. Jednym z powodów jego spóźnialstwa jest kompletnie rozstrojony wewnętrzny zegar i częsty brak poczucia czasu, spowodowany chaotycznym trybem życia Eduarda, a także nadmiarem obowiązków i, uwaga, braku zegarka, na który także go nie stać (a jak już go akurat stać, to oczywiście wszystkie hajsy przefurla na... coś innego). W swoim arsenale posiada chyba tylko telefon komórkowy (służący zresztą tylko do dzwonienia i ewentualnie zmieniania sygnału połączenia), a i tego chłopak rzadko używa ze względu na pewną niechęć wobec urządzeń elektronicznych. Myli IPod z IPadem, laptop z komputerem i komórkę z tabletem. Mimo to jest uparty i stara się jak może, by nadgonić wiekowe zaległości z wiedzy. Ach, ale to jedna z nielicznych pozytywnych konsekwencji jego zawziętości. Więcej wychodzi z tego wad aniżeli zalet. Czepia się o wszystko, a jeśli już postanowi trzymać język za zębami, to i tak krytykuje - tyle że w myślach. Nie uważa tego za coś złego, jedynie za wyrażanie własnych poglądów; myli szczerość z bezczelnością i czyni to z gracją godną Alfreda. Są jednak sytuacje, w których potrafi przemilczeć nawet najbardziej absurdalną opinię. Otóż, w myśl meksykańskiej zasady, nie należy zaprzeczać ani negatywnie odpowiadać gościom, bo to po prostu nie przystoi. Jest jednak pewien wyjątek od tej reguły - Alfred. Jemu można ubliżać i skrzeczeć nad uchem do woli. Zwłaszcza jeśli poruszony zostanie temat polityki, bardzo drażliwy dla Meksyku. Tu się po prostu o takich sprawach nie rozmawia. Trochę jak na Kubie, a zauważę przy tej okazji, iż całkiem niedawno prezydent Meksyku podczas wizyty w kraju Ameryki Środkowej pochwalił Castro jako "politycznego i moralnego przywódcę Kuby". Wiąże się to z ciekawie rozbudowanymi między tymi krajami stosunkami, do których dojdę później.
W Meksyku, gdzieś bardzo, baaardzo głęboko, kryje się komunista. Ta postać personifikacji zakończyła swój żywot równie szybko jak się pojawiła, a związana była z dużą ingerencją Związku Radzieckiego w sprawy Ameryki Łacińskiej. Komunistyczny Meksykanin był zupełnie inny niż dziś, ale nie można rzec, że była to jego odwrotność: również pogodny i przyjaźnie nastawiony do otoczenia, a zdawać by się mogło, że nawet bardziej wygadany. To, że do „bycia wygadanym” zaliczało się w tym wypadku miotanie długimi, pełnymi epitetów i nieznanych prostemu ludowi zdaniami i nawracanie na jedyną właściwą drogę (na komunizm rzecz jasna), to już inna sprawa. Miał wtedy bardzo dobrą pamięć i nie chodzi tylko o zdolność zapamiętania całej Encyklopedii Wyrazów Trudnych, ale też o swoistą selekcję; kiedy już uznawał kogoś za wroga ludu, dziecko i nosiciela Kapitalizmu wyżerającego niczym oszalała szarańcza umysły i dusze wyzyskiwanych przezeń obywateli świata, to automatycznie zapisywał go sobie na czarnej liście i marne szanse, by kiedykolwiek choćby zamierzał go z niej skreślić. Mimo, iż był wówczas ateistą, nawracał – lecz nie na chrześcijaństwo, broń Boż- … ekhm, broń wujku Józku, a na podążanie komunistyczną ścieżką ku wszechbędącemu szczęściu ludności uciskanej w różnych częściach globu przez kapitalistycznego demona, a którą trzeba spod tegoż reżimu czym prędzej wydostać! Och, jakąż on nienawiścią pałał wówczas do Stanów Zjednoczonych! Tego siedliska żmij, których jadem był toksyczny dla świata kapitalizm. Ojczyzny wyzysku i niesprawiedliwości, burżuazji taplającej się w kałuży cudzej krwi. A on – małe, lecz rosnące w siłę królestwo wspólnoty i dobroci – gotów był przez granicę przerzucać choćby i bomby, walcząc w imię pokoju. Kochał dyskutować z każdym entuzjastą czerwonych poglądów, gotów był wymieniać się nimi, jednakże nie tolerował, gdy podważało się jego zdanie. Czasem reagował gwałtownie (w skrajnych przypadkach delikwent mógł porządnie oberwać, nawet, jeśli był kobietą – mało dżentelmeńskie podejście, ale w sytuacji, gdy trzeba było komuś obić mordkę, nie widział różnicy między płciami), innym razem wyjaśniał wszystko na spokojnie (mordował nieszczęśnika jadem swych słów). I ach, jakimże wtedy uszanowankiem pałał do środkowoamerykańskiego kuzyna! (...Właściwie nadal pała, hm) Kto wie, może kiedyś powstanie z martwych?
...Bardziej prawdopodobne jest jednak, że Meks całkowicie wykituje. To bardzo możliwe, biorąc pod uwagę, że zamiłowanie do fastfoodów skutecznie zwiększa nie tylko liczbę na wadze, ale też ryzyko zawału. W połączeniu z pozostałą po Aztekach wadą serca, narkotykami i stylem życia daje to ciągłe zagrożenie skapitulowania nieszczęsnej pikawy. Która zresztą bardzo często bez należytego powodu lubi pomęczyć swojego właściciela atakiem z zaskoczenia. To zresztą nie jedyne, czego musi się wystrzegać i spodziewać w każdej chwili Eduardo - cały jego organizm jest mocno wyniszczony, a także w także w jego genach zachowało się przyzwyczajenie do wysokiej meksykańskiej temperatury, stąd też nawet drobny deszczyk jest mu wrogiem; każde, najdrobniejsze nawet przeziębienie dopada Meksyk z o wiele większą siłą niż innych ludzi. Zwykły katar potrafi doprowadzić go do myśli samobójczych, bo przeżywa go jak profesjonalną torturę. Stąd też nie spodziewaj się spotkać go na zewnątrz, gdy nie jest co najmniej ciepło - prawdopodobnie siedzi pod kołdrą i modli się do wszystkich bogów po kolei, żeby tylko nic go nie złapało. Wyobraź sobie, co on przeżywał niedawnej zimy, kiedy tuż obok, w USA, było 30 stopni na minusie... Inaczej natomiast jest, gdy pogoda sprzyja. Wtedy - o ile znajdzie wolną chwilę - może oddać się swoim zainteresowaniom. A trochę tego jest! Przede wszystkim wspomniana już fiesta, na którą jest czas zawsze i wszędzie. Naprawdę, Meksykanom nie potrzeba dużo, by zaczęli się bawić; wystarczy postawić przy drodze radio i puścić jakąś skoczną melodię, by co najmniej połowa przechodniów zaczęła się co najmniej bujać do rytmu. Do świętowania jest tu dobra każda, najmniejsza nawet okazja, a przepuścić jakąkolwiek to wręcz grzech. Choć podczas ostatniego mundialu Meksykanie raczej protestowali aniżeli świętowali, mimo tego piłka nożna jest dla nich sportem narodowym. Eduardo uwielbia grać i nie potrafi pojąć, dlaczego wschodni sąsiad nie emocjonuje się tym sportem tak jak on. Poza piłką nożną w Meksyku popularna jest także korrida i charreada - rodeo (a że obie te dyscypliny sportowe brzmią cholernie podobnie, to userka notorycznie je ze sobą myli). Czerwona chusta Eduarda nawiązuje nie tylko do jego obsesji na punkcie krwistej czerwieni, ale także właśnie do korridy, a konkretniej - do czerwonej płachty matadora, choć jest to raczej drobne nawiązanie. Oba te sporty są poza tym atrakcjami turystycznymi charakterystycznymi dla Meksyku. Nic jednak nie pobije najważniejszego zainteresowania Meksyku; jego największego hobby i zamiłowania; bez którego nie wyobraża sobie dnia ani tym bardziej nocy - spania. Należy mu to wybaczyć, bo praktycznie ciągle jest zmęczony – a nie jest to jego wina, ani też wina jakiegoś nie wiadomo jak bardzo hulaszczego trybu życia; po prostu nieszczęsny Meksykanin musi najzwyczajniej w świecie pracować przez haniebne kilkanaście godzin, by zarobić na przetrwanie kolejnego dnia. Z tego też powodu nigdy nie jest wyspany. Można go przyrównać do laptopa: ciągle jest nienaturalnie gorący (poważnie; kiedy Eduardo ma gorączkę, to można mu na czole usmażyć jajko) i szybko padają mu baterie. W skrajnych wypadkach, kiedy już energia osiągnie poziom zerowy, chłopak po prostu pada nieprzytomny na ziemię, niesposobny do obudzenia przez najbliższych trzydzieści minut. Jak te biedne Simy. Tak, Meksyk, jeśli tylko ma wolny dzień, jest na nogach tylko przez kilka godzin, a większość doby przesypia. I biada temu, kto postanowi go obudzić wbrew jego woli! Niewyspany Meksyk to zły Meksyk! W takich chwilach zamiast zwyczajnego Eduarda budzi się do życia Aztek. Rozdrażniony Aztek, gotowy zamordować tego, kto go zbudził i jeszcze parę innych przypadkowych osób, tak dla zasady, by pokazać pozostałym, dlaczego nie wolno mu przeszkadzać w odpoczynku.
Ach, ale zdolności azteckiej duszyczki nie ograniczają się jedynie do rozszarpywania gardeł tych, którzy odważyli się podejść za blisko. Czasami uruchamia się ot tak, samoistnie, najczęściej podczas bezsennych nocy, kiedy to Eduardo z różnych przyczyn spać nie może. I co się wtedy dzieje? Chłopak robi się jeszcze bardziej egoistyczny niż zazwyczaj – poczuwa się wręcz do roli odgrywania boga, obniża się natomiast poziom jego cierpliwości. I chciałoby się rzec, że także inteligencji, bonie da sobie absolutnie nic wyjaśnić czy wytłumaczyć; będzie uparcie trwał przy swoim, choćby nie wiadomo jak absurdalne było jego mniemanie. Natomiast takiego, co spróbowałby mu dorównać w wierności własnym poglądom, nieustannie próbując go jednak wydostać z błędu, szybko by unicestwił. Ma skłonności do przemocy, uważa ją za coś normalnego czy wręcz koniecznego, i to nie w postaci „zła koniecznego”, a raczej zaszczytu, którego może dostąpić, wypruwając komuś wnętrzności. Podobnie ma się miłość do ostrych przedmiotów – gdy już namierzy, dajmy na to, nóż, to wbije go komuś w oko, zabierze, zacznie obsesyjnie obracać w dłoniach, ryć dziwne łacińskie słowa i penisy w blacie stołu, lub chociaż będzie z fascynacją spoglądał raz po raz w jego kierunku.
Zamiłowanie do rzeczy umożliwiających przecięcie czegoś lub kogoś nie cechuje jedynie Azteka. Na co dzień Eduardo również darzy sympatią wszelakie noże, igły i inne śmiercionośne przedmioty, jednak trudno określić to mianem fetyszu, który charakteryzuje tylko wspomnianą wyżej nocną formę Latynosa. On jedynie… lubi sobie popatrzeć na gładkie, połyskujące ostrza, tak jak niektórzy lubią podziwiać puste płótno ochrzczone tytułem dzieła sztuki współczesnej (na przykład userka). A skoro jesteśmy już przy oglądaniu, to wspomnę jeszcze o telenowelach, bo w tym wypadku grzechem byłoby o nich nie wspomnieć. Tak, Eduardo uwielbia wprost oglądać telenowele. Nie każdy podziela jego fascynację tego typu programami telewizyjnymi, jednak jest to jedno z tych upodobań, których mimo wszelkich amerykańskich naleciałości nie zmieni nigdy, przenigdy. No bo jak można by pozbawić się jednej z niewielu rozrywek dostępnych od zaraz, we własnym domu, w dodatku naprzeciw wygodnej kanapy? To tak, jakby wierni fani „M jak miłość” zrezygnowali z oglądania serialu tylko dlatego, że Hankę zamordowały kapitalistyczne kartony! (Co też zrobiła userka, ale cicho sza) Nie żeby nie podzielał zainteresowań Alfreda odnośnie filmów - bo owszem, podziela i lubi oglądać z nim perełki kinematografii, jednakże bardzo, bardzo by chciał, by ten podział zainteresowań był obustronny.
Poza wymienioną już dwójką – komunistą i psychopatą – mamy wśród galerii cudaków cudów jeszcze nastolatka. Zgadza się, nastolatek. Wróg publiczny numer jeden. Ego uderzające o górną część framugi przy przechodzeniu przez próg, a i zwykle ryjące o sufit każdego pomieszczenia, choćby i się pochyliło czy nawet czołgało. Duma wypinająca nadmuchaną do granic pierś. Chciwość i naiwność kotłujące się w pustych oczach ślepych na prawdę. Bezczelność szczerząca się w złośliwym, krzywym uśmiechu; gotowa w niewinnym gardle zatopić swe kły nasączone jadem wrogich słów. A wszystko to podsycane najprostszym dla ludu wytłumaczeniem – hormonami. Czy już dreszcz przebiegł ci po plecach? Przeraziła cię ta wizja? Nie chciałbyś spotkać kogoś takiego, co? No, to powinieneś się cieszyć z wyniku wojny amerykańsko – meksykańskiej, bowiem jeszcze tuż przed nią ten opis pasował idealnie do Eduarda. Trudno uwierzyć? No tak, wszak na co dzień jest taki spokojny i miły… A jednak! Nie tak dawno był posiadaczem charakteru bodaj jeszcze gorszego niż ten amerykański. Mimo iż jego kraj był po wojnie domowej bardzo zniszczony, to jednak – miał własny kraj! Niepodległość! Róbta co chceta, tak! Radość chłopięcia nie miała granic, podobnie jak jego duma. Czuł się niepokonany i potężny. Stąd też bez zastanowienia pozwolił Amerykanom na osiedlenie się w Teksasie. O słodka jego naiwności i głupoto! To była jedna z najgorszych decyzji w jego życiu, podobnie jak to, co zrobił wkrótce potem. Otóż, kiedy się zorientował, iż Amerykanie chcą w Teksasie przywrócić zdelegalizowane po zdobyciu niepodległości niewolnictwo, wysłał tam swoją armię pod dowództwem Santa Anny (choć powinno się raczej rzec, że Santa Anna pojechał tam z własnej decyzji, wszak Eduardo jako personifikacja pełni funkcję jedynie reprezentacyjną). Wojska pierw skutecznie uciszyły amerykańskich buntowników, ale niedługo po tym zostały one przez resztę optymistów niewolnictwa rozgromione, zaś sam Santa Anna dostał się w niewolę. W zamian za jego wolność Amerykanie zażądali uznania Teksasu jako niepodległej republiki. Dokonało się, a dalej było już tylko gorzej, bo Stany Zjednoczone tę republikę anektowały, a to zaś rozsierdziło Meksyk do tego stopnia, że jego wojska natychmiast przemieściły się w kierunku utraconego stanu i wtargnęły na jego teren. Co też zostało odebrane przez USA jako akt agresji i wykorzystane jako pretekst do wypowiedzenia katastrofalnej dla Meksyku w skutkach wojny. Mniejsza o to, bo z charakteru robi się streszczenie konfliktu amerykańsko – meksykańskiego. Boru Zielony, zgubiłam wątek, zaczekaj chwilę. Teksas, nastoletni Meksyk… Ach, dobrze, skończyłam na tym, że czuł się niepokonany, potężny i ogólnie niezniszczalny, wręcz, przyrównując do bardziej amerykańskich standardów – czuł się jak heros! Wojna to nasza bariera, drzwi do kolejnego epizodu w jego życiu... Mam jednak drobną sugestię. Otwórzmy je i czym prędzej spierniczajmy do następnego pokoju. Nikt nie lubi typów takich jak ten tu Meksiu. Pyszałkowaty, krnąbrny i niesympatyczny. Autogloryjny. Już, już, szybciutko, wymykamy się zanim Saruman pozamyka wszystkie wyjścia.
Zaryglowałeś drzwi? Jesteśmy bezpieczni? Doskonale... Czekej, czekej, czy ty próbujesz usiąść i się zrelaksować? Nie ma mowy, nie na półmetku! Czas na podsumowanie. Przebrnęliśmy przez wszelką możliwą patologię, błądziliśmy między krainami dragów, uciekających okularów, wąsów, komuny, zjadania ludzi (moment, wspominałam o kanibalizmie? Ni? No to wspominam, aztekoMeks żarł ludzi. Słodziutko) i ostatecznie... wróciliśmy do czasów obecnych. Jestem pewna, że teraz nie będziesz go oceniał tylko i wyłącznie jako wiecznie śpiącego, mało ogarniętego śmieszka. Mimo że nim jest. Ale nie tylko, ma ogromny zasób innych cech i bogatą historię ewolucji tak wyglądu, jak i charakteru! Jest osobą godną zainteresowania, zatem poleć go wszystkim znajomym i najlepiej zasugeruj, by odwiedzili go czasem i sypnęli grosikiem dla biednego, wymęczonego Latynosa. A tymczasem zmiataj do następnego podpunktu, albowiem ten tu zaczyna podejrzanie mutować w rozprawkę.



K T O  Z  K I M  I  D L A C Z E G O


HISZPANIA
Wydawać by się mogło, że Meksyk, po latach spędzonych jako wychowanek Hiszpana, powinien do niego pałać synowską miłością i respektem. Ha - ha, zabawne. W rzeczywistości trudno wskazać personifikację, której Eduardo nie znosi bardziej niż Antonia. Zamiast relacji ojciec - syn mamy żywy hejt na linii kolonizator - była kolonia (Meksyk nie trawi nazywania go synem Hiszpanii. Nie krępuj się i zarzuć mu bycie nim, jeśli twoim największym marzeniem jest powolna śmierć w beczce z kwasem), zamiast respektu - złorzeczenie w pakiecie z wyjątkowo nieprzyjemną atmosferą przy każdym ich spotkaniu. Jednakże niech odetchnie z ulgą ten, kto spodziewa się, że ilekroć Eduardo natknie się na Antonia, przerabia go na tortillę!
Może i brakuje między nimi dobrych relacji, ale to, że Hiszpania oszukał go, wykorzystał, zabrał całe złoto, wytłukł większość ludzi, zniszczył jego kulturę, zmusił do zmiany religii, przerobił na swoją kolonię, wymęczył, nie pozwalał się usamodzielnić, zaatakował wspólnie z Anglikami i Francuzami... *przerwa na głęboki wdech* ...rozwalił ważne przybrzeżne miasta, zabrał ponoć - należne - mu - pieniądze, których już wcześniej tu brakowało i podwędził jego kochane pomidorki wcale nie skazuje go na wieczność na czarnej liście Eduarda! Skądże. Wbrew wszystkiemu Meksyk dzielnie znosi jego istnienie i toleruje większość tego, co powie. Potrafi się również uśmiechać w jego obecności i stwarzać pozory wszelkiej normalności, nawet gdy doktor Hiszpan zaczyna mu matkować. Prosimy o aplauz.

USA
Seme Meksyku. Na wstępie warto zauważyć, że USA - a nie Ameryka, jak zwykło się nazywać ten magiczny kraj. Jako mieszkaniec kontynentu amerykańskiego, Meksyk kompletnie nie trawi tego potocznego, geograficznie niepoprawnego określenia. Wszak Ameryka to kontynent, nie państwo. Ten absurdalny językowy drobiazg potrafi doprowadzić Meksyk do stanu mentalnego wrzenia. Zapewne podobnie jak nieszczęśników, którym zdarzyło się w jego obecności określić Alfreda jako Amerykę i którzy skazali się w ten sposób na irytujący wywód o tym, że "Alfred to Stany Zjednoczone Ameryki, a nie Ameryka, bo Ameryka to kontynent, a nie kraj, i w Ameryce poza USA jest jeszcze Kanada i ja, santa mierda!"
Nawiasem mówiąc, póki jeszcze jesteśmy przy tym temacie: Jeszcze nie tak znowu niedawno w Meksyku pojawiły się rozliczne apele mieszkańców o unieważnienie i usunięcie pełnej nazwy kraju (Estados Unidos Mexicanos, czyli Meksykańskie Stany Zjednoczone), ponieważ... za bardzo kojarzy się z USA. To była po prostu kwintesencja relacji meksykańsko - amerykańskich.
Wracając do samych relacji! Co to tam było wspomniane o tym, że trudno jest wskazać osobnika, którego Ed nie lubi bardziej niż Hiszpanii? Co prawda niegrzecznie jest pokazywać na kogoś palcem, ale proszę, oto właśnie jedna z takich osób.
Jego ulubione określenie na sąsiada? Gringo. Słowo powstało w okresie wojny między tą dwójką, a swe pochodzenie wzięło od piosenki, jaką śpiewali Amerykanie maszerujący na Monterrey - "Green grow the grass" (ang. zieleni się trawka). Biorąc pod uwagę etymologię, nietrudno się domyślić, iż nie jest to zbyt przyjazne określenie.
Tak naprawdę trudno jednoznacznie zdefiniować ich relacje. Ktoś gdzieś kiedyś określił tę dwójkę mianem toksycznego małżeństwa (userce to określenie bardzo przypadło do gustu), w którym Meksyk pełni rolę podległej, uzależnionej, wymęczonej i wykorzystywanej żony, która choć opiera się i nie chce być w tym związku, to nie ma za dużo do powiedzenia i może sobie co najwyżej pomarudzić podczas zamiatania kuchni. Coś w tym jest. Relacja między nimi jest jednak bardziej skomplikowana i nie tak pasożytnicza, jak by się mogło wydawać. Bliżej jej raczej do symbiozy, nawet jeśli miałaby ona polegać głównie na wzajemnym dogryzaniu sobie. Ale czy ta dwójka byłaby w stanie w jakikolwiek sposób wieść sąsiedzki żywot bez wzajemnych docinków, jeśli wziąć pod uwagę ich wspólną historię...?

TEKSAS
...
*rozpaczliwe westchnięcie* Musimy to robić? Naprawdę? Jak bardzo musimy?
...No dobra.
No więc był sobie Meksyk. Meksyk był bardzo szczęśliwy, bo właśnie stał się samodzielnym państwem i miał pod opieką stadninę małych braciszków. Wśród tej radosnej dziczy znajdował się Teksas. Kochane dzieciątko. Takie personalne okulary Meksyku – ot, nieziemski zaszczyt bycia nimi padł właśnie na niego. I co? I jak się za to Meksykowi odwdzięczył? Poszedł się łasić do Alfreda. Ba, pójdźmy dalej, przez niego Meks został niesprawiedliwie przez Ameryka zaatakowany, ograbiony z terytoriów i pozostawiony w ruinie! Doprawdy niepojęte, jak Lenny mógł coś takiego zrobić własnemu bratu. Ach, wąż na własnej piersi odhodowany. Ale nic to, nic...! Wierzcie lub nie, moi drodzy, ale Eduardo po tym wszystkim zdołał mu wybaczyć. I do nawet dość szybko. Zapewne to kwestia tego, że nie umie się gniewać dłużej niźli kwadrans. Po dziś dzień, mimo że na widok brata marnotrawnego serce mu się kraje, a dusza skręca się z rozpaczy, pozwala mu żyć swoim życiem i nadal trwać w złudnym przekonaniu, że USA to ten lepsiejszy kawałek Ameryki. A mógł zabić.

POLSKA
Meksyk nawiązał z nim stosunki polityczne dokładnie 26 lutego 1928. W 1942 utrzymywał, że Polska istnieje. Do Meksyku przybyło w okresie wojny 1.500 polskich emigrantów. Wszystko wskazuje na to, iż stosunki polsko – meksykańskie są magicznie dobre aż po dziś dzień, zaś popularne powiedzenie, jakoby Polska była Meksykiem Europy, przyprawia Eduarda o nieco szerszy uśmiech i sprawia, że interesuje się on Polską w nieco większym stopniu niż innymi Europejczykami. Bo to nie może wszakże nic nie oznaczać, a taki europejski towarzysz meksykańskości to całkiem ciekawa wizja.

FRANCJA
Zrobił to co zwykle. Jak tylko Meksyk zaczął się chybotać pod wpływem problemów finansowych, Francuzi postanowili go sobie podbić. Bo ropa. >:C Kilka lat po wojnie amerykańsko - meksykańskiej, w czasie rządów Benito Juáreza, Meksyk został zaatakowany przez niegodziwego żabojada. Francuzom udało się na pewien czas opanować państwo i przekształcić je w dziedziczne cesarstwo z Maksymilianem I jako władcą. Armię republikańską pod wodzą Juáreza poparły wówczas Stany Zjednoczone, które najwyraźniej doszły do wniosku, że nie chcą mieć Francuzów za sąsiadów. W 1866 r. republikanie pojmali Maksymiliana, który został rozstrzelany, a samo cesarstwo legło w gruzach. Ogólnie cały Meksyk legł w gruzach, ale już mniejsza o to. Ważne, że nie został francuskim podnóżkiem. Ta historia, dodawszy jeszcze aferę z wojną ciasteczkową, daje nam w podsumowaniu kolejną personifikację na liście, której Meks szczerze nie trawi.
Coś jest nie tak, a ponoć taki przyjacielski ten Eduardo.

KUBA
Kochany kuzynek. Ongiś stanowili jedno, podległe Hiszpanii terytorium. W przeciwieństwie do USA, Meksyk darzy Kubusia niemałą sympatią i chętnie spędza z nim czas. Doskonałym argumentem dla regularnego odwiedzania środkowoamerykańskiego amigo jest amerykańska sugestia, by Meksykanie zerkali raz na jakiś czas, co tam słychać na Kubie, czy aby im nie za wygodnie, czy nie złorzeczą na kapitalistycznego dobrodzieja lub nie budują jakiejś bomby z myślą o Amerykanach. Czyli Meksyk awansował na niańkę. Słodko.

KANADA
Za daleko i za  zimno, by Eduardo pojawiał się w kanadyjskim domu zbyt często. Mimo panującego na górze chłodu ich relacje są zgoła odmienne i Eduardo wiele dobrego może powiedzieć na temat Matthewa. Udaje mu się go zauważać nieco częściej niż innym, choć niewątpliwie blond biedaczyna zginąłby na zawsze w tłumie fiestujących Latynosów, gdyby kiedyś przyszło mu do głowy zawitać w Meksyku.

CHINY
W czasie wojny Meksyk złożył w Lidze Narodów zdecydowane protesty przeciw agresji japońskiej na Chiny, okazując tym samym swoją bezgraniczną miłość ( braterską, rzecz jasna ) do tego kraju. Nic tylko kochać. ♥~(ˆ⌣ˆ ~)
P S to jest krypto tatuś Meksia, ale nie mówimy o tym.
P S S Prezydent Chin jest wyższy od prezydenta Meksyku, co się dzieje.

Włochy
Meksyk ukradł mu flagę. On niech se ma tę białą.

La Muerte
Niektórzy widzą wróżki, inni trolle. Do Meksyku czasem przychodzi w odwiedziny Śmierć. Tak, nie inaczej. Siadają sobie razem na werandzie, piją tequilę i wymieniają się ploteczkami. Ma z cioteczką Muerte całkiem dobre relacje i rzadko kiedy zdarza się, by mieli w jakiejś kwestii odmienne poglądy.



A  T O  C I E K A W E

~ W meksykańskiej kuchni pierwsze skrzypce niezmiennie od lat gra tortilla ( placek z mąki kukurydzianej z dodatkiem wapienia ), którą dodaje się praktycznie do wszystkiego.

~ Jedna z zasad Meksyku: nie dyskutuj o polityce.

~ Kolejna zasada: nigdy nie zaprzeczaj ani nie odpowiadaj negatywnie gościom. To nie przystoi.

~ Ani tu nie przywieziesz hamburgera, ani tortilli nie uprowadzisz. Wwóz i wywóz jedzenia jest w Meksyku zakazany.

~ Meksykanie są bardzo przyjaźni. Nie irytuj się zatem, gdy któryś z nich podczas rozmowy poklepie cię po plecach, to pozytywny gest.

~ Podobnie jak obywatele zawsze służą pomocą, tak policja czuje się trochę zbyt... uprzywilejowana. A nawet nie tylko ‘trochę’. Jeśli przykrym trafem zatrzymają cię w aucie – nie uciekniesz. Zawsze się do czegoś przyczepią, nawet jeżeli wszystko jest w porządku. Jedynym ratunkiem jest wtedy danie w łapę. Wtedy się odczepią, życzą przyjemnej drogi i pójdą sobie z twoją krwawicą na dziwki. Podobne absurdy pojawiają się na posterunkach. Jeśli masz jakiś problem, to... masz problem! Bo policja jest zbyt rozlazła, żeby interweniować. Zwalają winę na ciebie. Lepiej dać sobie spokój, bo można tylko ich rozeźlić i pogorszyć sytuację.

~ Jedną z atrakcji turystycznych w tym kraju ją walki byków i ujeżdżanie koni – charreado.

~ Zjem cię.

~ Co oczywiste, bardzo ważnym elementem życia meksykańskiego jest muzyka i ludowe tradycje.

~ Mawia się, iż Meksyk jest tak religijny, że „wierzący są nawet ateiści”.

~ Meksykanie uwielbiają świętować, dobra jest na to każda okazja.

~ Hucznie obchodzi się też Zaduszki. Już od połowy października można kupić "pan de muerto" - "chleb zmarłych", "calaveras de azucar" - barwnie zdobione cukrowe trupie czaszki czy torty w kształcie zwłok. Brzmi apetycznie!

~ Eduardo ma fetysz angielskiego. Znaczy, khm, bardzo podoba mu się ten uroczy, alfredowy akcent i... KHM. ‘:I

~ Kto ma klaustrofobię? No kto? Ano Meksiu! Proszę go nie zamykać w trumience, nawet jak wykituje, bo się jeszcze chłopina obudzi i wykituje po raz drugi, ino ze strachu.

~ Jest też mistrzem w skakaniu przez mury graniczne i spierniczaniu przed pilnującymi ich strażnikami.


~ Szczyt chamstwa: odbić Meksykowi Nowy Meksyk. A nie, to tylko Ameryka i jego epickość.




[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Utah

avatar

Imię i nazwisko : Garth Wyatt Hales
Skąd : It's complicated.
Liczba postów : 149
Join date : 25/01/2016

PisanieTemat: Re: Buenos dias~   Nie Sty 31, 2016 4:47 pm

Ameryka i tak jest fajniejsiejszy, ale akcept dam.

_________________
Shiz! What the fudge!? Get the heck out of my flippin lawn you mother father! Gosh dang it...!
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Buenos dias~   Nie Sty 31, 2016 5:46 pm

Większość krajów jest dużo starsza, niż ich rocznica niepodległości. c:
Co do tego fragmentu o nawalającym sercu, to kręcę nosem, ale też nie widziałam u Ciebie wcześniej takich zapędów fabularnych, więc przymknę oko.

Akcept~
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Buenos dias~   

Powrót do góry Go down
 
Buenos dias~
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Przewodnik :: Karty Postaci-
Skocz do: